poniedziałek, 30 czerwca 2014

Ostatnio spotkaliśmy na spacerze takie piękne motyle.


niedziela, 29 czerwca 2014

Wyniki krwi  i moczu wyszły dobrze. Na szczęście okazało się, że nie ma płonicy. Tylko co? Dobre pytanie. Pani doktor nazwała to „wysypką w przebiegu infekcji” oraz „infekcją górnych dróg oddechowych”. Badanie krwi wykazało lekko podwyższony poziom OB i CRP. Po podaniu dwóch kroplówek cała wysypka zaczęła znikać. Widać było wyraźną poprawę. Następnego dnia widać było delikatne, słabo widoczne ślady na skórze, które zniknęły na dobre w 3 dobie, ale w szpitalu musiałyśmy zostać 5 pełnych dni.  

Przez te wszystkie dni towarzyszył nam katar, który ściągałam Martusi fridą, zwilżając wcześniej wodą morską. Za każdym razem płakała, ale z dnia na dzień było coraz lepiej. Gdzieś 2 dni po naszym powrocie do domu katar ustąpił.

Co to było? Pytałam panią doktor o alergię i stwierdziła, że nie można jej wykluczyć. Z tego właśnie powodu doszliśmy do wniosku, że w przyszłości zrobimy jej testy na alergię.

Dzisiaj jest dobrze. Martusia jest zdrowa i to jest dla nas najważniejsze. Nie ma nic ważniejszego od życia i zdrowia.



środa, 25 czerwca 2014

Byłam przerażona, gdy w ubiegłą środę zobaczyłam moją Martusię po popołudniowej drzemce. Wyglądała źle, może nawet strasznie. Wysypka powiększała się w zastraszającym tempie z godziny na godzinę. A antybiotyk (ceclor), który został jej przepisany dzień wcześniej, w ogóle nie działał. Przyjęła go 2 razy.

O tym, że natychmiast muszę jechać po raz kolejny do lekarza, zadecydowała opuchlizna na powiekach. Jej lewe oko było słabo widoczne, z prawym wcale nie było lepiej. Lewe wyglądało tak, jakby w powiece zebrała się woda. Okropny widok. Oczywiście nie była głodna. Zerowy apetyt. Trochę piła, ale też mało.

Gdy byłam już na izbie przyjęć w szpitalu dziecięcym, ratownik myślał, że Marta jest poparzona. Dlatego możecie się domyślać, jak wyglądała. Pani doktor zabrała nas do izolatki, bo istniało prawdopodobieństwo zarażenia szkarlatyną. Martusię wszystko bolało, była rozdrażniona, ale mimo to wszędzie chciała biegać, sprawdzać i ogólnie rozrabiać. Sprawdzanie przez lekarza jej ogólnego samopoczucia wiązało się z jej obezwładnieniem, czyli zablokowaniem rąk, nóg i głowy. Nie było mi łatwo, bo chciałam czy nie chciałam, musiałam pomagać. Musiałam współpracować z lekarzem, żeby mógł ratować mi dziecko. Tak mi jej szkoda było. Coś okropnego.  

Dostałyśmy skierowanie do szpitala zakaźnego. Tam kolejne wstępne badania, które wyglądały podobnie, jak to opisane wyżej. W końcu trafiłyśmy na oddział. Pobieranie krwi, która nie chciała lecieć. Martusia wiła się, jak wąż, płakała, itd. Na szczęście udało się pobrać krew do trzech badań. Po tym od razu trafiła pod kroplówkę. Wenflon jej bardzo przeszkadzał, płakała. Wyglądała coraz gorzej. Po jakimś czasie zasnęła. To właśnie wtedy po raz pierwszy pomyślałam, że jestem bezradna. Poczułam strach. Bałam się, że mogę ją stracić.

wtorek, 24 czerwca 2014

Zanim zdecydowałam, że jedziemy do szpitala, miałam gotowy post, ale nie zdążyłam go dodać. Wkleję go, może kiedyś przyda się komuś u kogo lekarz wstępnie zdiagnozuje płonicę. Marta na szczęście jej nie miała. Wykluczyły ją badania krwi w szpitalu. Resztę opiszę Wam w wolnej chwili. Pozdrawiam :)

Martusia w niedzielę (15.06) późnym wieczorem miała gorączkę (38.10 stopni). W poniedziałek rano, czyli około 6 godzin później, gorączka powróciła (38.80). Zbiłam ją do normalnej temperatury. Do tego wszystkiego doszło kichanie. Gorączka ustąpiła.

Myślałam, że to zwykłe przeziębienie. We wtorek katar zmienił kolor na żółty, pojawiły się bardzo intensywne, czerwone wykwity na twarzy. Wszystko nasiliło się po godzinie 12. Już o 9, gdy tylko zobaczyłam inny kolor wydzieliny z nosa i wysypkę na nogach, i rękach, starałam się dodzwonić do przychodni. Gdzieś po dobrej godzinie wydzwaniania udało mi się umówić na 15:20.

Lekarz, jak tylko zobaczył Martę, ale zanim ją dokładnie obejrzał, stwierdził, że to szkarlatyna. Przepisał antybiotyk i inny specyfik z dobrymi bakteriami. Wygląda na to, że facet ma rację, wszystko na to wskazuje. Chociaż do całego zestawu objawów brakuje malinowego języka.  

Od poniedziałku ściągam jej katar z nosa, żeby nie dostała zapalenia ucha środkowego. Nie będę Wam opisywać, z czym się do wiąże. Dzidzia bardzo cierpi. Nie ma w ogóle apetytu, bo prawdopodobnie boli ją gardło, ale nie powie mi tego, bo nie umie. Tylko dotyka główkę i mówi „ała”. Serce mi się łamie. Wczoraj zanim zasnęła, miała 38 stopni, ale nic nie robiłam z tą temperaturą, bo wtedy organizm walczy i ogólnie radzi sobie sam. Reagować należy, gdy jest powyżej 38.50.    

To bardzo poważna choroba i mam nadzieję, że dobrze przez nią przebrniemy.

 

niedziela, 22 czerwca 2014

Już od środy jestem z Martusią w szpitalu. Trafiłyśmy z podejrzeniem płonicy, ale na szczęście badanie krwi ją wykluczyło. Wstępnie mamy jutro wyjść do domu i wtedy opiszę, co nas ostatnio spotkało.

piątek, 13 czerwca 2014

Ostatnio jestem bardzo zmęczona. Chociaż przyznam, że dzisiaj czuję się dużo lepiej. Wolę, jak jest chłodniej, bo wtedy ciało mi nie puchnie. Staram się dużo pić, co daje dość dobre efekty.

Myślę, że właśnie wczoraj zmęczenie dało mi się wyjątkowo we znaki. To była kulminacja słabo przespanych nocy.

Marta była takim niemowlakiem, przy którym nie wiedziałam, co to znaczy nieprzespana noc. Teraz ma 14 miesięcy i od niedawna, a dokładnie od 2 tygodni, robi nam pobudki w środku nocy - gdzieś pomiędzy 2 a 3 godziną, czasami później. Budzi się i mówi, że chce "bubę", której zwykle nie robi. Później chce "am am". Trochę zje i dużo pije. Może te pobudki to wina upałów? Zwykle po godzinie czy dwóch zasypia, ale dzieje się to w wielkich bólach. 

Jestem wykończona takim obrotem sprawy - najgorsze jest to, że nie potrafię temu zaradzić.

Pozdrawiam,

Zmęczona Mama


czwartek, 05 czerwca 2014
wtorek, 03 czerwca 2014

Skalpel stał się dla mnie rozgrzewką - do tej pory zrobiłam go 144 razy. Nigdy nie myślałam, że to napiszę, ale moja kondycja poprawiła się ma tyle, że przestaję myśleć o nim, jak o treningu a bardziej o przyjemnym rozciąganiu. Wczoraj po 40 minutach nie czułam w ogóle, że ćwiczyłam. 

Skalpel to pestka w porównaniu z turbo spalaniem, które zrobiłam kilka dni temu. Po turbo zakwasy miałam przez następne 3 dni. Najbardziej dostały łydki i boczki. Bardzo długo czułam te partie mięśni. Po samym treningu byłam przyjemnie zmęczona, ale nie wykończona, co jest dla mnie ogromnym sukcesem. Niestety nie wykonuję tych ćwiczeń tak precyzyjnie, jakbym chciała, czasami nie nadążam, ale mam nadzieję, że wszystko przyjdzie z czasem.



poniedziałek, 02 czerwca 2014

Moje Skarby uwielbiają wszystko, co drożdżowe. Dlatego w weekend postawiłam ich rozpieszczać.

Rogaliki z jabłkiem, rodzynkami i cynamonem.

Rogaliki z mięsem, cebulą, śliwką i sezamem.