niedziela, 27 lipca 2014

Kochani, ostatnio przeczytałam bardzo smutny list pewnej młodej dziewczyny, znajdziecie go tutaj. List dotyczy ciężkiego dzieciństwa, błędów rodziców, choroby psychicznej, depresji, załamania i wszystkiego, co za tym idzie. Dziewczyna ma problem z odżywianiem, odpowiednią dietą i przede wszystkim z własną psychiką. Została znieważona, upodlona i zdeptana przez otoczenie, przez co sama doprowadziła się do takiego stanu, z którego ciężko wyjść.  

Jej rodzice popełnili bardzo dużo błędów wychowawczych, co miało istotny wpływ na dalsze życie.

Nie bij dziecka, nie wyśmiewaj go i nie obrażaj. Niezależnie czy to Twoje dziecko czy nie, nie masz prawa go krzywdzić. Myślę, że to absolutna podstawa tego, by dziecko wyrosło na silnego, ambitnego i znającego własną wartość człowieka. Dlatego warto mieć dobry kontakt z własnym dzieckiem, żeby mówiło nam, kiedy inni rówieśnicy je znieważają – to ważne by w porę zareagować.  

W głębi duszy mam głęboką nadzieję, że ta młoda kobieta wyjdzie na prostą i dobrze ułoży sobie resztę życia.

 

 



środa, 23 lipca 2014

Ręce mi opadają, bo tyle zła dzieje się na świecie, a większość ma to - nazwijmy - w nosie. Puki ludziom nie umierają bliscy to zupełnie nic ich nie interesuje. Dzisiaj ktoś mi napisał, że nikogo nie interesuje Gaza ani Ukraina. Ignorancja, głupota, jak zwał, tak zwał, ale wbrew pozorom jest błogosławieństwem.

23:19, izba27 , News
Link Komentarze (3) »
wtorek, 22 lipca 2014

Dzisiaj zrobiłam niespodziankę moim smakoszom i upiekłam wspaniałą drożdżówkę. Oto ona!

A to zdjęcie będzie już dla niedowiarków :)

poniedziałek, 21 lipca 2014

Słuchajcie, we wczorajszym poście wspomniałam Wam, że byłam na bezpłatnym spotkaniu z dietetykiem, na którym odbyła się też analiza składu mojego ciała. Krótko mówiąc, pochwalę się, bo przez ostatnie 7 miesięcy odwaliłam kawał dobrej roboty. :) Wyniki wyszły bardzo przyzwoicie, bo mój wiek metaboliczny wyniósł 13 lat! W rzeczywistości mam 28.5, no dobra, niespełna 29. ;)   

niedziela, 20 lipca 2014

Sporo mam w głowie, żeby Wam napisać, ale podejrzewam, że czego bym tutaj nie nabazgrała, to i tak najlepiej zobrazują Wam to zdjęcia. No, ale zacznijmy od moich wypocin.

Wróciliśmy z całkiem fajnych wakacji w Beskidach, byliśmy w Hotelu & Spa Kocierz. Pogodę mieliśmy świetną, a to już połowa sukcesu.

Myślę sobie, że jeśli chcecie dobrze zjeść, ale niekoniecznie zdrowo, zobaczyć ciekawe widoki i ogólnie odpocząć, to jesteście na właściwym kursie.

Większość gości była ze swoimi pociechami, dlatego nikogo nie dziwił widok biegających, płaczących czy po prostu śpiących dzieci.

Właściciel hotelu stworzył sporo możliwości, żeby rodzice mogli trochę odpocząć, a dzieci wyszaleć. Sam kompleks hotelowy posiada wiele atrakcji, m.in. park linowy, sauny, spa i kilka placów zabaw. Te place zabaw były naszym wybawieniem, ale nie tylko. Kilka ładnych godzin spędziliśmy w aquaparku. Chociaż moim zdaniem nie przypomina on prawdziwego parku wodnego, a bardziej basen pod gołym niebem wypełniony lodowatą wodą (nawet podczas upałów). Pocieszające jest to, że w części dla małych dzieci, która jest odgrodzona od reszty, woda jest trochę cieplejsza. Mimo tego, miejsce jest przyjemne, bo dziecko może pobawić się piaskiem, kamykami i wodą. W samym hotelu znaleźć też można mały basen i jacuzzi, w którym temperatura wody jest naprawdę przyjemna.

Zawiodłam się tylko na jednej rzeczy. Wykupiliśmy pakiet, w którym miały być darmowe zajęcia zumby i aqua aerobiku. Wydawało mi się oczywiste, że takie zajęcia będą codziennie, a nie raz w tygodniu!  Planowałam nawet chodzić codziennie na jedne i drugie. Miałam możliwość bycia tylko raz na aqua aerobiku  i muszę powiedzieć, że dziewczyna, która prowadziła zajęcia, była świetna, miła, energiczna, bardzo przypadła mi do gustu. Natomiast w ogóle nie urzekła mnie Pani dietetyk, z którą była możliwość wykładu i konsultacji. Przeprowadziła wykład, który miał dotyczyć zdrowego odżywiania, a pamiętam z niego tylko widmo czyhającej nad człowiekiem choroby. Kilka godzin później udałam się do tej Pani, bo istniała możliwość skorzystania z pomiaru składu ciała. Moje wyniki wyszły rewelacyjnie, z czego bardzo się cieszę. Podczas spotkania miałam wrażenie, że sama pytam i odpowiadam sobie równocześnie. Ech, i tak bywa.  

Myślę, że dla nas najbardziej męcząca była podróż. Musieliśmy pokonać ponad 430 km w jedną stronę. Martusia ma 15 miesięcy, więc domyślacie się, że nie była zbyt skora do spędzenia tylu godzin w aucie. Nie ma co mydlić oczu, momentami nie było łatwo, ale udało się nam dojechać i wrócić. Droga powrotna była znacznie przyjemniejsza, bo wiedzieliśmy, czego się spodziewać. Jak to mówią, pierwsze koty za płoty.

Ten wypad był nam bardzo potrzebny, naładowaliśmy baterie i to najważniejsze.

Poniżej kilka zdjęć tego miejsca.


niedziela, 13 lipca 2014

Ostatnio bardzo dużo mówi się o prof. Chazanie. Jego osoba nie schodzi z czołówek najbardziej poczytnych polskich gazet. Można powiedzieć, że swoją ogólnopolską i niepochlebną sławę zdobył całkiem niedawno, a mianowicie, gdy odmówił dokonania aborcji pewnej kobiecie, która nosiła w swoim łonie bardzo chore dziecko poczęte metodą in vitro.

Jestem przekonana, że gdy informował tą Panią, że ani on, ani żaden z jego kolegów aborcji nie dokona, nie wiedział jeszcze, że będzie mówiła o nim cała Polska. Nie tylko o nim, ale o wszystkich lekarzach, którzy podpisali tzw. deklarację wiary, stawiając tym samym „prawo boskie ponad prawem ludzkim”. Cóż, jeśli chodzi o mnie to powiem jasno, że nie będę chciała leczyć się u żadnego spośród tych, którzy podpisali ten dokument.

Chciałaś? To masz.

Z wypowiedzi prof. Chazana jednoznacznie wynika, że jest człowiekiem cynicznym. Stwierdził, że metoda in vitro powinna pozostać w weterynarii, tam gdzie dano jej początek. Z tego właśnie powodu para, która kilkanaście lat starała się bezskutecznie o dziecko i skorzystała z tej metody, musi ponieść konsekwencje swoich czynów. Dlaczego? Bo dziecko pozostało poczęte poza ustrojem tej kobiety. Chciałaś? To masz! Cierp! Może następnym razem odechce Ci się robienia podobnych głupot. Czy właśnie tak myśli prof. Chazan?

Jego wypowiedzi mydlą ludziom oczy. Moralizuje społeczeństwo zasłaniając się klauzulą sumienia, jak należy postępować, a jak nie. Oczywiście nie zastanawia się nad dramatem kobiety. No, bo po co? Przecież społeczeństwo przyzwyczaiło się do tego, że kobiety są silne, po cichu  zniosą wszystko, problemy wezmą na siebie.

Trafiła kosa na kamień

Myślę, że kobieta, której prof. Chazan odmówił aborcji, musi być osobą wpływową. Nie mam zielonego pojęcia, kim jest, ale wspólnie z mężem rozpętali niezłą medialną burzę. Ostatnio przeczytałam, że tych Państwa reprezentuje mecenas Marcin Dubieniecki. Tak, to były mąż Marty Kaczyńskiej. Dlatego myślę, że należą do ludzi z pozycją, skoro stać ich na taką papugę. W końcu trafiła kosa na kamień, na kogoś, kto jest wystarczająco wpływowy, by utrzeć Chazanowi nos. Z resztą sprawa sama przybrała taki obrót, że nikt już nie ma na nią wpływu.

Kiedy zrozumie?

Ile jeszcze wody będzie musiało upłynąć, żeby Pan Chazan zrozumiał, że to nie on decyduje o brzuchu i życiu kobiety, tylko ona sama. Tak samo, jak prof. Chazan decyduje o tym, w co wierzy, a w co nie, tak każda kobieta ma prawo decydować o sobie. Bardzo smutne jest to, że wymaga od ludzi stosowania się do własnego systemu wartości, nie szanując zdania i wartości innych ludzi.

Prof. Chazan jest zażartym katolikiem, który postępuje zgodnie ze swoim sumieniem, a nie literą prawa w tym kraju. Akurat w tym wypadku prawo nie jest po stronie tego lekarza. Pobierał pieniądze z NFZ-etu, nie spełniał wymaganych świadczeń i do tego podejmował decyzje według własnego widzimisię.

Zakończę tym, że sama nie chciałabym widzieć swojego dziecka w hospicjum. Nie chciałabym też przeżyć swojego dziecka, niezależnie ile by miało dni, miesięcy czy lat. Dlatego decyzja o usunięciu ciąży nie zależy do rzeczy łatwych. Nikt nie robi tego dla przyjemności.

 



19:37, izba27 , News
Link Komentarze (3) »
czwartek, 10 lipca 2014

Ostatnio trzymają się nas choróbska.

Mało pisałam, bo byłam chora i nie miałam siły na wpisy. No i sporo obowiązków też mieliśmy, jak to w domu. Sami wiecie jak to jest, co tu będę dużo opowiadać.

Moje przeziębienie zaczęło się od kataru, później paskudztwo przeszło na ostrzela. Czułam okropny ból, gdy kaszlałam. Do kompletu doszedł mega ból zatok. Było mi słabo i ogólnie wyglądałam na zmęczoną i zmarnowaną. Jeszcze nigdy w życiu nie byłam chora latem. Z dnia na dzień czuję się lepiej i to jest najważniejsze.

Oczywiście zaraziłam córeczkę i męża. Martę chwyciło z 3 dni po mnie. Najpierw miała gorączkę a później przyszedł katar. U niej też się poprawia, bo z dnia na dzień ma mniej tej wydzieliny z nosa, którą oczywiście ściągamy fridą, wspomagając się wodą morską.

Mój mąż już dochodzi do siebie, ale objawy miał bardzo podobne do moich, tylko, że łagodniejsze. Jego organizm bronił się najdłużej.

A z miłych wiadomości to jesteśmy w trakcie planowania wakacji. Chcieliśmy pojechać za granicę, ale pewne sprawy trochę popsuły nam plany, więc odbijemy sobie w Polsce. Mam nadzieję, że do tego czasu już będziemy zdrowi. Jedziemy w piękne miejsce, ale o tym już w innym wpisie.

Pozdrawiam :)

środa, 02 lipca 2014

Już kilka razy na tapecie miałam tutaj Skalpel. Ci, którzy to przegapili, a chcieliby poczytać, wystarczy, że zajrzą do zakładki „dieta i ciało”. Tam znajdziecie to, czego szukacie. Do tej pory zrobiłam skalpel ponad 170 razy i kilka razy turbo spalanie, które mnie nie porwało. Jednak dzisiaj opiszę Wam moje wrażenia po turbo wyzwaniu z Chodakowską.

Gdy wróciłyśmy ze szpitala to nowa płyta z turbo wyzwaniem już na mnie czekała. Pierwszy raz kupiłam płytę Ewy. Turbo wyzwanie zrobiłam 4 razy i jestem nim zachwycona. Trening jest szybki i są bardzo częste zmiany ćwiczeń, co mi odpowiada. Każde z ćwiczeń trwa 20 sekund, więc nie wykańcza i nie nudzi. Krótko po rozgrzewce w lewym górnym rogu pojawia się stoper, który bardzo mi pomaga. Gdy zerkam na niego i widzę np. te 5 sekund do końca, wiem, że tyle dam jeszcze radę – nie poddaję się. Myślę, że najbardziej męczące w całym treningu jest ciągła zmiana pozycji „góra-dół”, ale przecież o to w tym chodzi, żeby spalić jak najwięcej kalorii w krótkim czasie. Na razie robię turbo wyzwanie co drugi dzień na zmianę ze skalpelem.

Moja determinacja zrodziła się z kompleksów i ze świadomości, co mi się w sobie nie podoba. Już nie pamiętam, kiedy czułam się tak dobrze we własnej skórze. Na co dzień odczuwam większą radość, jestem pewniejsza siebie i posiadam większą samoświadomość. Wyglądam lepiej niż przed ciążą i wiem doskonale, że mój mąż jest z tego zadowolony. Charakter i inteligencja swoją drogą, ale większość mężczyzn na tym świecie chciałoby się pochwalić zgrabną żoną. Mimo tego każdy trening wykonuję tylko i wyłącznie dla siebie, i swojego zdrowia. Myślę, że teraz jest o niebo lepiej w każdej sferze życia. ;)

Kiedyś przeczytałam, że kobiety, które się odchudzają, wyglądają dobrze w ubraniach, a kobiety, które ćwiczą, wyglądają dobrze nago. To prawa.



wtorek, 01 lipca 2014

Mój mąż rzadko zagląda na mojego bloga, ale to właśnie jemu chciałabym poświęcić ten wpis. Gdy zostałam z Martą w szpitalu to on siedział z nami przez te 5 dni po 12 godzin, czasami dłużej. Pomagał mi na tyle, na ile tylko mógł. Wspierał słowem, wyganiał mnie ze szpitala, żebym się przewietrzyła. Zawsze przywoził świeże ubrania, robił zakupy, przynosił gazety do czytania, no i też zajmował się Martusią.

Większość personelu była bardzo w porządku, ale czasami musiał wysłuchiwać moich narzekań na takie dwie niemiłe i przemądrzałe pielęgniarki.

Dobry z niego człowiek. Wspaniały. Mąż trafił mi się, jak ślepej kurze ziarno. ;)